17 sierpnia 2013

Colin Clark - Mój tydzień z Marilyn

Autor: Colin Clark
Tytuł: Mój tydzień z Marilyn
Tytuł oryginalny: My Week with Marilyn
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: biografia/autobiografia/pamiętnik
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Matylda Biernacka
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 187
Moja ocena: 9/10


Ta historia wydarzyła się naprawdę.

W 1956 roku Marilyn Monroe przyjeżdża do Anglii kręcić nowy film. To jej miesiąc miodowy - dwa tygodnie wcześniej wyszła za mąż za znanego dramaturga Arthura Millera. Wszystko wygląda jednak zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażała. Członkowie ekipy filmowej uważają ją za rozkapryszoną gwiazdkę z Hollywood, brytyjski partner filmowy poniża ją przy każdej okazji, a z zapisków swojego męża dowiaduje się, jak wielkim jest dla niego rozczarowaniem.Nieoczekiwanie Marilyn odkrywa bratnią duszę w Colinie Clarku - filmowym chłopcu na posyłki, z którym zaczyna spędzać każdą wolną chwilę. Opuszczona przez męża, właśnie jemu opowiada w łóżku o swoim dzieciństwie, karierze i o mężczyznach, którzy zrobią wszystko, aby do tego łóżka ją zaciągnąć...Dopiero po wielu latach Colin Clark zdecydował się opowiedzieć o tym, co przez krótki tydzień połączyło go z amerykańską boginią kina.

O czymś bardziej intensywnym i intymnym niż seks.

O czymś, co na zawsze pozostało w ich sercach.

O czymś, co mówi o Marilyn Monroe więcej niż setki jej biografii.

Złoty Glob i nominacja do Oscara dla Michelle Williams - odtwórczyni roli Marilyn Monroe w filmowej adaptacji książki. 


Marilyn Monroe moim skromnym zdaniem, to najpiękniejsza kobieta jaka chodziła kiedykolwiek po naszej planecie. Ikona. Symbol, niekoniecznie seksu. Kobieta, którą pożądał każdy, zdrowy mężczyzna. Bogini. Z pozoru jej życie mogłoby się wydawać idealne, jest sławna, bogata, kochanków jej nie brakuje. Niczego jej nie brakuje... Ale czy na pewno?
"Mój tydzień z Marilyn" to pamiętnik. Wydarzenia opisane w nim pochodzą z dni od 11 września 1956 do 19 września. Tego tygodnia, Colin Clark, autor książki, nie zapomni do końca życia. Gdy poznał  Marilyn miał 23 lata i pracował jako trzeci asystent producenta, co w wolnym tłumaczeniu znaczy, że był chłopcem na posyłki. Marilyn zaczynała pracę nad nowym filmem zatytułowanym "The Sleeping Prince". I tak to się zaczęło...

A zaczęło się niewinnie, Colin jak zwykle robił za gońca, a tym razem miał zapytać samą Monroe, czy ma zamiar pojawić się nazajutrz w pracy. Proste pytanie, a jak wiele zmieniło... Gdy już stanął twarzą w twarz z Marilyn... Okazała się taka niewinna, taka krucha. Gdy siedziała tak na sofie, w swojej garderobie wyglądała jak normalna, zwykła kobieta, nie jak Hollywoodzka supergwiazda kina. Przyziemna istota. Ale czy to jest aż tak dziwne?

Kolejne dni przyniosły wiele radości, ale też wiele smutku. Wszystkiego po trochę. Dużo rozmów w łóżku o wszystkim i o niczym. Wybrali się na wycieczkę do zamku Windsor, pływali w rzece, zwiedzali dawną szkołę Colina. Gdy byli razem, Marilyn była szczęśliwa. Nie szukała kochanka, szukała kogoś z kim mogłaby porozmawiać. Owszem, miała wiele osób koło siebie, miała Paulę Strasberg, instruktorkę teatralną, ale w rzeczywistości była od podnoszenia na duchu, gdy jej pani tego potrzebowała, a potrzebowała tego bardzo często. Był jej mąż, Arthur Miller, ale jeśli chodzi o jej pracę, trzymał się od tego z daleka. Po prostu nie lubił tego szumu, który tworzy się przy pracy nad filmem.


Najważniejsze pytanie. Czy Marilyn była szczęśliwa? Nie. Co z tego, że była sławna? Pieniądze szczęścia nie dają. Bała się porzucenia. Jej dwaj poprzedni mężowie porzucili ją, więc teraz żyła w ciągłym strachu, że i tym razem będzie podobnie. Kochała swojego męża. Chciała być dobrą żoną, i w przyszłości dobrą matką. Żoną już była, czy dobrą, nie mnie oceniać. Matką też "prawie" była. Zaszła w ciążę. Niestety poroniła. Nie chcę się wymądrzać, nie znam się, ale moim zdaniem to wina tych tabletek, które łykała bez opamiętania, no i które koniec końców ją zabiły. 

Zawsze była obserwowana, zawsze ktoś mówił jej co ma robić, i czego robić jej nie wolno. Nie miała przyjaciół. Była samotna, choć nigdy nie była sama. Wymagano od niej, by zawsze była idealna, żeby z każdym kolejnym filmem zagrała lepiej.


Marilyn zmarła w wieku 36 lat, a okoliczności jej śmierci do dziś są zagadką. Być może nigdy nie dowiemy się jak to na prawdę było. Jeśli chodzi o mnie, to jest ok. To i tak niczego by nie zmieniło...


Na podstawie książki nakręcono film z Michelle Williams w roli głównej. Moim zdaniem za tę rolę powinna dostać Oscara! Jeśli ktoś nie widział filmu, to gorąco polecam! Jeśli chodzi o porównanie filmu do książki to przyznaję, że wyszło to genialnie! I szczerze mówiąc nie wiem co lepsze, a to już coś, bo zawsze uważam, że książka zdecydowanie jest lepsza. Tym razem mam mały dylemat. Być może to przez Michelle? Zagrała po prostu GENIALNIE! Nie sposób tego nie docenić. Tak więc jeśli ktoś nie widział jeszcze filmu - oglądać!!!!



Zwiastun :) Polecam!

8 komentarzy:

  1. nie widziałam filmu, książka też ciągle przede mną, ale narobiłaś mi chęci :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bloga dodaję do obserwowanych i zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie jestem fankom Marlin, ale twoja recenzja zachęcia mnie do przeczytania tej książki i obejrzenia filmu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie jestem jakąś wielką fanką Marilyn, a mimo to książka, jak i film podobały mi się baaaaaaaaardzo!

      Usuń
  4. Książkę kupiłam tacie na prezent, chyba będę musiała mu ją zabrać:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Recenzja ciekawa, ale książka nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Książki nie czytałam, ale film był całkiem znośny. ;)

    OdpowiedzUsuń

Staram się odpowiedzieć na każdy komentarz. Dziękuję za wizytę i zapraszam ponownie :)